Internauci zablokowali stronę rządu, Hakerzy atakują Polskę! – alarmowały dwa tygodnie temu najważniejsze tytuły prasowe. Napięcie rosło: Rząd sobie, internet sobie; Acta zaszkodzi biznesowi w sieci; Nie będzie leków, Youtube’a i wolnego internetu. W ponad czterdziestu miastach oburzeni internauci wyszli na ulice. Tysiące demonstrantów w centrum, Polska walczy z cenzurą, W Kielcach poleciały cegły – informowały na bieżąco media. Rząd jednak nie ustąpił i wydał upoważnienie, aby polska ambasador w Japonii podpisała dokument. Wreszcie premier poinformował, że ratyfikacja zostaje zawieszona, a o wolności w sieci, powinno się dyskutować. I to już w poniedziałek. Pytanie tylko dlaczego dopiero teraz?
Setki stron internetowych i tradycyjnych – papierowych poświęcono na wyjaśnienie czym jest umowa ACTA, jak należy rozumieć jej zapisy i czego powinniśmy się obawiać. Mimo to, wielu internautów, biorących udział w demonstracjach miało znikome pojęcie przeciw czemu protestują. Krzyczeli: Nie dla ACTA, precz z komuną, stop cenzurze. Wiedzę na temat dokumentu czerpali z młodzieżowych serwisów. Grafiki, często emocjonalne pełne były apokaliptycznych wizji, ale na próżno szukać tam odniesień do budzących niepokój zapisów. Czytałem komentarze, rozmawiałem ze znajomymi i czego się dowiedziałem? Że to koniec internetu i cytując klasyka – teraz nie będzie już niczego.
Z drugiej strony nasze społeczeństwo zrobiło duży krok do przodu. Internauci potrafili się zorganizować i wykrzyczeć głośne NIE. To pokazuje, że jesteśmy silni i nie chcemy, aby władze podejmowały takie decyzje bez naszego udziału. Niestety, wielu reprezentantów narodu, głosuje bez udziału swoich szarych komórek. O czym przekonał nas europoseł Marek Migalski, twierdząc, że w 90 proc. przypadków posłowie nie mają pojęcia o tym, nad czym głosują. A przecież przykład idzie z góry.
Przyjrzyjmy się zatem umowie. Ma dwadzieścia osiem stron.
ACTA ma na celu ustanowienie kompleksowych międzynarodowych ram, którę będą dla UE pomocą w działaniach służących temu, by skutecznie wyeliminować naruszanie praw własności intelektualnej. (…) Podczas negocjacji ACTA nigdy nie planowano zmiany dorobku prawnego UE ani harmonizacji prawodawstwa UE w zakresie dochodzenia i egzekwowania praw własności intelektualnej w postępowaniu karnym.
Przytoczony wyżej fragment to uzasadnienie decyzji o zawarciu omawianej umowy handlowej. Nikt nie pisze tu o wprowadzeniu cenzury, ani powrocie totalitaryzmu. Nikt też, póki co, nie myśli o jednolitości systemu prawnego, a zatem państwa zachowają możliwość autonomicznego kreowania i stosowania prawa.
Przejdźmy do art. 9, mówiącego o odszkodowaniach:
Każda strona zapewnia swoim organom sądowym (…) prawo do nakazania sprawcy naruszenia, który wiedział lub miał wystarczające podstawy, by wiedzieć, że zajmuje się działalnością stanowiącą naruszenie, aby zapłacił posiadaczowi praw odszkodowanie odpowiednie dla zadośćuczynienia za szkodę, jakiej posiadacz praw doznał w wyniku naruszenia.
Zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem właściciel praw ma prawo zażądąć wypłaty odszkodowania. ACTA pod tym względem nic nie zmieni. Kolejny artykuł (12) umowy dotyczy możliwości korzystania ze środków tymczasowych:
Każda Strona zapewnia swoim organom sądowym prawo do zastosowania środków tymczasowych bez wysłuchania drugiej strony…
Prof. Andrzej Rzepliński, prezes Trybunału Konstytucyjnego, w rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawną podkreśla, że mogą pojawić się sytuacje, gdy trzeba działać błyskawicznie. Chodzi tu jednak wyłącznie o szkodę wielkich rozmiarów. Co więcej – w ACTA czytamy, że w przypadku nieuczciwego oskarżenia, wnioskodawca może wypłacić odszkodowanie oskarżonemu z tytułu wszelkich szkód spowodowanych przez te środki.
Strona może, zgodnie ze swoimi przepisami ustawodawczymi i wykonawczymi, zapewnić swoim właściwym organom prawo do wydania dostawcy usług internetowych nakazu niezwłocznego ujawnienia posiadaczowi praw informacji wystarczających do zidentyfikowania abonenta, którego konto zostało użyte do domniemanego naruszenia…
I znowu, jak podaje Dziennik Gazeta Prawna, powyższy przepis, który wzbudził tyle kontrowersji jest ujęty jako fakultatywny, a więc Polska podpisując umowę nie musi wcale go przyjmować. Michał Boni, minister administracji i cyfryzacji zapewniał w piątek w Radiu Zet, że jeśli przepis ten będzie stanowił zagrożenie dla internautów, nie zostanie wprowadzony do polskiego prawa.
Z kolei Marek Wiński, prawnik, w wywiadzie dla serwisu MMWrocław.pl podkreśla, że o żadnej cenzurze nie może być mowy, bowiem byłoby to naruszenie gwarancji określonych m.in. w prawodawstwie unijnym czy konstytucji RP. A ogólnikowy sposób redakcji ACTA jest standardowy i niczym się nie różni od pozostałych aktów prawa międzynarodowego.
Umowę ACTA czeka jeszcze długa droga. Musi być ratyfikowana przez wszystkie państwa Unii Europejskiej, a także jej organ – Parlament Europejski. Jak informuje Newsweek, głosowanie nad zgodą PE odbędzie się prawdopodobnie w kwietniu lub maju. Później Rada Unii Europejskiej będzie musiała jeszcze podjąć decyzję o podpisaniu umowy i przekazaniu jej innym państwom.
Wierzę, że debata jaką w tej chwili prowadzi rząd z internautami posłuży nie tylko poprawie wizerunku rządzącej koalicji, ale również ustaleniom, które pozwalałyby skutecznie chronić własność intelektualną. Bo nie mam wątpliwości, że takie zapisy są potrzebne. Ale nie uda się, dopóki władza nie zrozumie, że tylko dialog służy budowie państwa, jakiego wspólnie oczekujemy. I zacytuję na koniec za Przekrojem: Gdyby politycy czasem słuchali, co próbujemy im powiedzieć, częściej znajdywaliby wśród nas swoich wyborców i wdzięcznych doradców. Czy to jest pomysł zupełnie niedzisiejszy?